Gdzie na Maderę? Sao Vicente – Portugalia od strony prowincji

Wypoczynek na Maderze może się udać o każdej porze roku. My wybraliśmy się tam na początku lutego i zatrzymaliśmy się w niewielkiej miejscowości na północy wyspy, Sao Vicente. Co warto tam zobaczyć, który hotel wybrać, jak dojechać stamtąd do Funchalu?

Gdzie na Maderę? Sao Vicente (Portugalia)

Wyspą, na której większość miejscowości położona jest na wybrzeżu, z pewnością jest Madera. Sao Vicente leży nad samym brzegiem morza, w malowniczej dolinie, pomiędzy dwoma, ogromnymi górami. Do umiejscowionej na północy wyspy miejscowości wiedzie kręta droga, która często prowadzi przez tunele. Z Funchalu samochodem jedzie się tu jedynie około 30 minut.

Co zwiedzać na Maderze? Sao Vicente wystarczy poświęcić kilkadziesiąt minut

 W Sao Vicente nie trzeba mieć mapy, by zobaczyć całe miasteczko. Spacer pomiędzy białymi domkami zajął nam naprawdę kilka chwil. W centrum miejscowości znajduje się biały kościółek, który powstał w XVII wieku. Weszliśmy na chwilę do środka, chociaż przy pierwszej próbie świątynia była zamknięta. W środku można zobaczyć drewniany, pozłacany ołtarz oraz tradycyjne, portugalskie azulejos, czyli mozaiki powstałe z ceramicznych, pokrytych szkliwem płytek. Zazwyczaj są one utrzymane w kolorach bieli i granatu.

madera-sao-vicente

Obok kościoła znajduje się niewielki cmentarz. Niestety architektura cmentarna na Maderze nie powala. Brakuje tu zdobnych nagrobków, zazwyczaj miejsce pochówku zaznaczone jest białą tabliczką. Czasami można spotkać nieco większe kaplice, przez których przeszklone drzwi widać trumny. Podobne można spotkać na kontynencie, np. w Cacela Velha, o czym pisałam w tym wpisie.

Św. Wincent i Sao Vicente

Obowiązkowym punktem w Sao Vicente jest kapliczka Św. Wincenta. Jeśli będziecie kiedyś w tej miejscowości, z pewnością jej nie przegapicie. Znajduje się nieopodal mostu, tuż przy oceanie i rzece. Niewielka świątynia została wykuta w bazaltowej skale w 1694 roku, ponoć dokładnie w miejscu, w którym objawił się św. Wincent z Saragossy. Jak łatwo się domyślić, jest on patronem miejscowości, która również od niego wzięła swoją nazwę.

portugalia-sao-vicente

Wincety z Saragossy to hiszpański święty i męczennik, który żył na przełomie III i IV w. n. e. Jest nie tylko patronem Sao Vicente, ale również Lizbony czy naszego Przemyśla.

Wycieczki po Maderze i Sao Vicente

Ponieważ Sao Vicente to nie tylko miasto, ale również gmina, na jej planie znajduje się kilka interesujących punktów. Niestety z miasteczka trudno wydostać się pieszo, ponieważ właściwie większość dróg, jaka do niego prowadzi, wiedzie przez tunele, do których piesi nie mają wstępu.

sao-vicente-portugalia

Kilka kilometrów od starówki znajdują się jaskinie wulkaniczne Grutas de Sao Vicente. Poświęcę im zaledwie kilka słów, ponieważ ostatecznie nie zdecydowaliśmy się do nich zajrzeć. W środku można zobaczyć wystawę multimedialną, dowiedzieć się, jak działają wulkany i przespacerować się po wydrążonych przez lawę korytarzy. Co ciekawe, groty odkryto dopiero po koniec XIX wieku, a dokładnie w 1885 roku, jednak zanim udostępniono je zwiedzającym, musiało minąć ponad 100 lat. Wstęp do jaskiń kosztuje około 6 euro.

Ponieważ dla nas ciekawe jest również codzienne życie mieszkańców, a na początku naszego przyjazdu nie byliśmy jeszcze zbyt mobilni, bo samochód mieliśmy wypożyczyć dopiero kolejnego dnia, postanowiliśmy się wybrać na lewady, a konkretnie Levada Faja do Rodrigues, które od centrum starówki teoretycznie były oddalone jedynie o 4 km. Co to dla nas – pomyśleliśmy, skoro nasze nogi potrafiły zrobić w ciągu naprawdę intensywnych 3 dni w Nowym Jorku około 100 km. O ile nie pokonała nas nasza kondycja, to kres naszej wycieczce przyniosła pogoda. Zacznę jednak od początku…

Po pierwsze, co to są lewady? Lewady są to wybudowane w XVI wieku kanały irygacyjne, których zadaniem był transport wody z północy Madery na południe. Obecnie przy większości lewad znajdują się trasy spacerowe. Być na Maderze i nie zobaczyć lewad, to tak jakby pojechać do Norwegii i nie zobaczyć fiordów.

Po drugie, dlaczego nigdy nie dotarliśmy do tych lewad? Po godzinie wspinaczki po praktycznie pionowych ulicach i spaleniu setek kalorii złapał nas… grad. Owszem, w ciągu tej godziny doświadczyliśmy praktycznie każdej pogody – przy wyjściu z doliny targał nami wyjątkowo mocny wiatr, który na szczęście ustał, gdy tylko znaleźliśmy się nieco ponad doliną, potem wreszcie pojawiło się słońce, następnie złapał nas deszcz, ale niezbyt intensywny, a kiedy było już naprawdę blisko, oberwanie chmury nie pozwoliło nam iść dalej. Najpierw sypnęło gradem, ale o dziwo takim wyjątkowo mokrym.

Zaledwie 100 metrów od nas znajdował się kościół, który jak na złość był zamknięty. Byliśmy już naprawdę mokrzy, a w promieniu wzroku nie było jednego miejsca, które mogłoby nam dać schronienie. Żadnej wiaty, sklepu, ganku, no nic. Życie poniekąd uratował nam zwykły mur, pod którym przycupnęliśmy. Niesiona wiatrem woda przelatywała nam nad głowami, a my w niewygodnej pozycji przeczekaliśmy tam najgorsze. O ile, ja jeszcze nie byłam całkiem mokra, bo moja puchówka zatrzymała część wody, a kaptur pozwolił mi uniknąć efektu zmokłej kury, to Bartosz był w stanie generalnie opłakanym. Oprócz tego mieliśmy dosyć lekkie buty, więc stopy mieliśmy też całkiem przemoczone. Nie mogliśmy jednak podjąć innej decyzji i musieliśmy zawrócić do hotelu.

Może się wydawać, że schodzenie z górki jest dużo przyjemniejsze niż wchodzenie na nią. Na Maderze trudno się z tym zgodzić. Nogi odmawiały mi posłuszeństwa, w pewnym momencie pod górę wychodziłam tyłem, a później krokiem odstawno-dostawnym. Schodziło się równie niewygodnie, bo woda z gór spływała ulicą i musieliśmy uważać, żeby jeszcze bardziej nie przemoczyć stóp.

Mimo wszystko taki długi spacer po wiejskich obszarach Madery był ciekawym doświadczeniem. Zobaczyliśmy, jak mieszkają wyspiarze, jak wyglądają ich domy i ich obejścia. Wniosek jest jeden – ogólny bałagan przeplata się tu z wiodącą własne życiem naturą. Ma to swój urok. Pranie wisi nieopodal kilku bananowców, psy biegają obok drzew z awokado. Wsi spokojna, ale nie wiem, czy do końca wesoła, bo mimo 3-godzinnego spaceru spotkaliśmy tylko kilka osób. Luty na Maderze to nieco martwy sezon, być może część mieszkańców wróciła w okolice Funchalu albo do kontynentalnej Portugalii.

Wodospad w Sao Vicente

Tuż przy tunelu prowadzących w stronę miasta Seixal znajduje się pojedynczy wodospad, jakich tysiące na Maderze. Będąc jednak w miasteczku warto przespacerować się wzdłuż wybrzeża i zobaczyć ten cud natury z bliska. W lutym strumień wypływający ze skały jest naprawdę obfity. Można zobaczyć go z naprawdę bliska i podejść do miejsca, gdzie woda styka się z ziemią. Po prawej stronie od wodospadu są stare schodki, które pozwalają podejść nieco wyżej. Stąpając nimi, trzeba być dosyć ostrożnym, bo są nierówne i niekiedy brak przy nich barierki. Można powiedzieć, że my wyszliśmy na „1 piętro”, Powiedziałabym, że dalej nie warto iść, bo stopnie są coraz bardziej kręte i niebezpieczne, w dodatku prowadzą w całkiem inną stronę i nie ma przy nich poręczy.

Żeby zobaczyć wodospad, wystarczy skręcić w lewo, zmierzając od tzw. starówki, i iść cały czas prosto. Wodospad znajduje się po lewej stronie, tuż przy tunelu.

Stara droga przy tunelu do Seixtal

Przy wyżej wspomnianym wodospadzie znajduje się stara droga, która została zastąpiona tunelem. Bartosz mnie tam ciągnął, żebyśmy przeszli nią chociaż kawałek, ponieważ oglądaliśmy na YouTubie filmiki, które świadczyły, że rozciągają się stamtąd piękne widoki, ale jednak nie zdecydowałam się ryzykować. Obok drogi widniały znaki „wchodzisz na własne ryzyko, spadające kamienie” itp. Faktycznie część drogi, szczególnie tej blisko skały, pokrywały drobne kamyczki, ale i sporej wielkości kamienie. Bez kasku lepiej się tam nie zapuszczać!

Pogoda na Maderze w lutym. Jakich temperatur spodziewać się w Sao Vicente?

Spędzając wczasy na Maderze w lutym należy pamiętać, że chociaż wyspa jest naprawdę niewielka, to klimat w poszczególnych jest częściach może się naprawdę różnić. Doświadczyliśmy tego niejednokrotnie na własnej skórze. Nie zmienia to jednak faktu, że luty na Maderze jest jednym z najbardziej deszczowych miesięcy w roku, więc można spodziewać się deszczu.

Ze względu na specyficzne położenie Sao Vicente w lutym brakuje tu słońca. W ciągu 7 dni, jakie tam spędziliśmy, wyjrzało ono tylko na chwilę i to na jakieś 5 minut oświetliło plażę. Powodem jest specyficzne ukształtowanie terenu, ale i właśnie wyżej wspomniane położenie. Jak już wcześniej napisałam, Sao Vicente położone jest pomiędzy dwoma górami. Ponieważ w lutym słońce jeszcze nie znajduje się bardzo wysoko, ogromne, wulkaniczne skały po prostu je zasłaniają. Śmialiśmy się, że miejscowość o tej porze roku to trochę taki Mordor, bo dzień w dzień ciemne chmury przysłaniały słońce.

portugalia-sao-vicente-2

Co więcej, każdej nocy, ale także w ciągu dnia, można było spodziewać się intensywnych opadów. Szczęśliwie najgwałtowniejsze ulewy zrywały się właśnie wieczorem, ale dwa razy zdarzyło się nam przemoknąć do suchej nitki. Opady są naprawdę gwałtowne, można rzec, że wręcz charakterystyczne dla tropików. Tutaj nie zaczyna kropić, więc nie ma szans odpowiednio wcześniej zareagować i wyciągnąć parasol. Często w ogóle można o nim zapomnieć, ponieważ najstarsza część Sao Vicente leży właśnie w dolinie.

Przy sprzyjających warunkach tworzy się tam coś w rodzaju tunelu powietrznego i z gór w kierunku morza wieje tak mocny wiatr, że pewnego poranka, kiedy wybraliśmy się na spacer, po prostu nas przestawiało. Nie mam pojęcia, ile wynosiła jego siła, ale chyba nigdy na własnej skórze nie czułam takiej mocy matki matury. Szczęśliwie bardzo mocno wiało tylko przez dwa dni i wystarczyło się schować za dwiema górami, by prędkość wiatru zelżała przynajmniej o 70 procent.

portugalia-sao-vicente-3

Pogoda na Maderze w lutym przypomina naszą polską wiosnę. Należy pamiętać, że na północy jest mniej słonecznie i chłodniej niż na południu wyspy. W Sao Vicente codziennie było około 16 stopni. Jeśli tylko nie wiało i nie padało, było dosyć przyjemnie. Nie ma jednak mowy o krótkich spodenkach, klapach czy lekkich koszulkach, nie wspominając o kąpieli w basenie czy oceanie. Byłoby to możliwe, gdyby słońce choć chwilę wyjrzało zza chmur, niestety po takie atrakcje trzeba jechać na południe.

Plaża w Sao Vicente

Ponieważ Madera to wulkaniczna wyspa, nie ma tu wielu plaż. W wielu miejscu klify i góry po prostu bezpośrednio „wpadają” do morza. Sao Vicente ma jednak to szczęście, że znajduje się tu kilka plaż. Co ciekawe, bardzo się od siebie różnią. Każda z nich jest kamienista, część z nich, głównie ta, która znajduje się tuż przy ujściu rzeki, pokryta jest przez ogromne głazy. Nie widzę za bardzo możliwości, żeby tam poplażować. Trzeba uważać, żeby nie skręcić tam nogi, więc nie ma mowy, by rozłożyć tam ręcznik.

plaza-sao-vicente

Jednak wystarczy iść trochę dalej, by wielkie głazy zastąpiły drobniejsze kamyczki, a nawet przemieszany z nimi czarny piasek. Nie zrozumcie mnie źle – w Sao Vicente nie ma piaszczystej plaży. Na kamienistych w niektórych miejscach po prostu znajdują się piaszczyste placki, ale nie ma ich zbyt wiele.

Kąpiąc się w oceanie, trzeba być ostrożnym, bo przy brzegu znajdują się wielkie skały, o które z wielkim hukiem rozbijają się mierzące w lutym nawet 4 metry fale. Latem zapewne ocean jest spokojniejszy, ale mimo wszystko wydaje mi się, że trzeba tu zachować ostrożność.

Komunikacja na Maderze. Jak dojechać z Sao Vicente do Funchalu?

Po dotarciu do Sao Vicente zyskaliśmy pewność, że bez samochodu się nie obędzie. Owszem, wcześniej mieliśmy w planach wypożyczyć go na dzień lub dwa, ale ostatecznie rozstaliśmy się z nim dopiero w poniedziałek, czyli przedostatniego dnia naszego pobytu.

Okazało się, że komunikacja z Sao Vicente do innych części wyspy nie jest szczególnie rozbudowana. Kiedy zaczęliśmy szukać połączeń do Funchalu, nieco zwątpiliśmy. Okazało się, że do stolicy Madery jeździ tyle autobusów, co kot napłakał. Oczywiście nie spodziewaliśmy się, że będzie inaczej, ale jednak ich częstotliwość również nie powalała. Rano, co w sumie raczej nie dziwi, było ich najwięcej. Trzeba jednak uważać, żeby wsiąść w autobus „bezpośredni”, który jedzie przez sam środek wyspy i po około godzinie i 20 minutach dociera do Funchalu, a nie taki objeżdżający całą wyspę. To ważne, bo ten drugi może jechać nawet 3 godziny!

Przystanek autobusowy linii Rodoeste w Sao Vicente w kierunku Funchalu jest nieoznaczony i znajduje się przy hotelu Estalagem do Mar. Bezpośredni autobus do stolicy wyspy (nr 6) w dni powszednie odjeżdża o 7.30. Bilet można kupić u kierowcy. Kosztuje 4,40 euro.

portugalia-sao-vicente-4

Poza wakacjami spodziewajcie się, że pojazd będzie po brzegi wypełniony dzieciakami, które jadą do szkoły. Może zatem brakować dla Was miejsca. Szczęśliwie po kilkunastu minutach większość z nich wysiądzie. Tam też autobus zatrzyma się na kilkuminutowy postój. Trochę wygląda to tak, że po prostu kierowca czeka na inny, dojeżdżający z innej miejscowości autobus, którego pasażerowie również chcą jechać do Funchalu. Dopóki nie przyjedzie, trzeba czekać.

Przyznam, że trochę byliśmy zdziwieni, gdy taka sytuacja powtórzyła się drugi raz. Zaledwie kilka kilometrów od szkoły, pod którą czekaliśmy na resztę pasażerów, znów zatrzymaliśmy się w jakiejś miejscowości. Tam kierowca chyba wiedząc, że ma więcej czasu, wysiadł z autobusu i wstąpił do pobliskiej kawiarni, gdzie wypił sobie szybką kawę. W międzyczasie zaczęło lać i napadało do autobusu, bo kierowca nie zamknął drzwi. Szczęśliwie po około 10 minutach przyjechał kolejny autobus i wreszcie ruszyliśmy do Funchalu. Oczywiście zatrzymywaliśmy się po drodze, ale obyło się już bez tak długich postojów. Do Funchalu dotarliśmy około 9.20, wysiedliśmy przy głównej ulicy przy porcie, kilkadziesiąt metrów za McDonaldem.

Ponieważ tego dnia wypożyczaliśmy samochód, do hotelu dojechaliśmy już sami. Jednak po kilku dniach, kiedy mieliśmy go oddać i wrócić do hotelu ostatnim autobusem, mieliśmy pewne obawy, czy nasz plan nie spali na panewce. Ostatni autobus w dni powszednie odjeżdża z Funchalu do Sao Vicente o 19.00. Ponieważ o tej porze w lutym się już ściemnia, i to w sumie dosyć szybko, cierpliwie czekaliśmy na autobus. Autobus nr 6 spóźnił się około 15 minut, ale przyjechał.

Bilety kupiliśmy wcześniej w znajdującej się w pobliżu budce. Szczęśliwie ten autobus zatrzymywał się po drodze tylko w dwóch miejscowościach, więc mniej więcej po godzinie dotarliśmy do Sao Vicente. Co ciekawe, w samym centrum wysadził wszystkich ludzi, a tam czekał na nich kolejny autobus, który jechał w stronę Ponta Delagada. Kierowca zachęcał nas, żebyśmy do niego wsiedli i podjechali mniej więcej 300 metrów do naszego hotelu, ale pogoda była tak przyjemna, że zdecydowaliśmy się na spacer piechotą.

Kiedy będziecie szukać przystanku w Funchalu, trochę się zdziwicie. Przy Avenido do Mar jest ich chyba z 10! Zdaje się, że każda linia ma osobny, co raczej jest dość niepotrzebne, no ale co kraj, to obyczaj. Przystanki nie są szczególnie dobrze opisane, więc poniżej zamieszczam mapkę, na której zaznaczyłam ten, na którym wsiądziecie do linii nr 6. Bilet powrotny również kosztuje 4,40 euro.

Gdzie spać w Sao Vicente na Maderze? Hotel Estalagem do Mar to nasz wybór

Jedynym, położonym nad morzem hotelem w Sao Vicente jest Estalagem do Mar. Właśnie jedną z jego największych zalet jest właśnie świetna lokalizacja. Znajduje się między oceanem a wielką, zieloną górą, za co, moim zdaniem, należy mu się dodatkowa gwiazdka!

Hotel jest wyremontowany, pokoje przyjemne, urządzone raczej standardowo, bez żadnych ekscesów. Obydwoje z Bartoszem doceniamy łazienkę. Cały prysznic, czyli właściwie 1/3 łazienki wyłożony był czarnym kamieniem, który sprawiał wrażenie bardzo higienicznego. Żadnych pozachodzonych fug, więc czułam się tam dosyć komfortowo, a raczej trudno mnie zadowolić.

W Estalagem do Mar znajdują się dwa baseny, kryty i ten na zewnątrz. W obu była woda, jednak nikt przy 16 stopniach, wietrze, deszczu i braku słońca nie odważył się korzystać z tego położonego tuż nad oceanem. Przyznam, że nie znaleźliśmy czasu nawet na skorzystanie z tego wewnątrz budynku. Poszliśmy rzucić na niego tylko okiem i sprawdzić, jaką temperaturę ma woda. Stawiam na jakieś 23 stopnie. Niezbyt zimna, ale też nie do końca zachęcająca, żeby do niej wejść, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę to, że hotel jest w lutym nieogrzewany, więc na korytarzach i w restauracji jest dosyć chłodno.

madera-hotel-estalagem-do-mar

Szczęśliwie w pokoju można sobie zagrzać klimatyzacją, z czego codziennie korzystaliśmy. Warto jednak wietrzyć pokój przynajmniej raz dziennie, bo przy takiej wilgotności powietrza, jaka panuje w lutym na Maderze i takich temperaturach, nie tylko ręczniki nie chciały schnąć. Łazienka jeszcze rano była wilgotna, a moje włosy, których nigdy nie suszę suszarką, wyglądały dość niewyjściowo.

Obok basenu znajduje się również jacuzzi, a po zejściu na niższy poziom hotelu można skorzystać z darmowej siłowni.

Minusem było dla mnie jedzenie. Ze względu na to, że nie planowaliśmy siedzieć w hotelu, zdecydowaliśmy się na opcję z wliczonym śniadaniem i obiadokolacją. Zdaję sobie sprawę, że ponieważ byliśmy na wyspie poza sezonem i poza nami w Estalagem do Mar było pewnie jeszcze z 30 osób, z czego większość to Polacy, kucharzom nie opłacało się przygotowywać wielkiej ilości potraw, jak to mają w zwyczaju robić w sezonie.

Rzekłabym, że śniadania były dosyć ubogie. Najbardziej brakowało mi warzyw. Na stole pojawiły się chleby, bułki, jajecznica zamiennie z jajkami sadzonymi, oprócz tego bekon, kiełbaski, różne płatki do mleka, dwa wybory serów żółtych, jakaś szynka, a od czasu do czasu, w trakcie naszego pobytu pewnie ze 2 razy, smażone plasterki pomidorów. Ponieważ najczęściej jadłam jakieś kanapki, jak już wspomniałam, trochę łyso było bez warzyw. Planując wyprawę na Maderę, nastawiłam się, że popróbuję również różnych owoców, dlatego rozczarowałam się, gdy w Estalagem do Mar przy śniadaniu pojawiały się tylko lekko zleżałe jabłka i mandarynki.

Jeśli chodzi o obiadokolację, była dużo bogatsza niż śniadanie, jednak w porównaniu do różnych hoteli, w jakich spałam, również tych, w których byłam z biurami podróży, była nieco uboga. Codziennie była do wyboru zupa, mięso lub ryba, ziemniaki, ryż i warzywa. Na szwedzkim stole z kolei znajdowałyby się sałatki, wybór warzyw (pomidorów, ogórków, cebuli czy papryki), którymi nie pogardziłabym podczas śniadania.

Desery też szczególnie nie powalały. Zawsze były lody, jednak zdarzyło się kilka razy, że nie były one nowe, tylko po prostu przyniesiono starszy i napoczęty pojemnik, z którego zapewne korzystali goście z poprzedniego turnusu. Niestety czuć było, że te lody są ponownie zamrażane. Oprócz lodów na stole pojawiała się sałatka owocowa, kilka rodzajów ciast, kupne ciasteczka i… ser żółty. W sumie żałuję, że go nie spróbowałam, bo może był jakiś wyjątkowy. Goście raczej mieli do niego wielkie zęby, bo przez cały pobyt nie widziałam nikogo, kto by go jadł.

Gdzie robić zakupy w Sao Vicente?

Nie wiem, jak jest w sezonie, ale w lutym Sao Vicente to raczej nie prężnie działający ośrodek turystyczny, ale raczej senna mieścina. Jest tu właściwie jeden większy supermarket przy drodze ER101, również nieopodal tunelu, przez który wiedzie droga w kierunku Seixtal. W środku zaopatrzycie się właściwie we wszystko, od jedzenia (pieczywo, owoce, alkohole itp.) po chemię. Ceny (przynajmniej w lutym) są umiarkowane. Nie wyrywają z butów. Oczywiście jest ciut drożej niż w Polsce, ale część towarów po przeliczeniu na złotówki będzie kosztować bardzo podobnie.

Idąc wzdłuż drogi ER101 znajdziecie kilka restauracji. Przyznam, że żadna nie była na tyle zachęcająca, żeby wejść do środka, dlatego nie jestem nic w stanie powiedzieć o cenach.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s